Podstawy wyroku.

Sąd Wojewódzki pamiętał czasy przedwojenne. Dlatego dawało się zauważyć ślady dawnej świetności w postaci dużych i wysokich sal rozpraw oraz ich wystroju. Wystrój robił wrażenie, ale wszędzie widać było, ze nikt dawno nic nie remontował i nie konserwował. Stół sędziowski był wprawdzie dębowy, duży i ozdobny, ale jego blat pokryty był popękanym gumolitem. Fotele zajmowane przez sędziów i prokuratora były duże i solidne, ale ich siedziska zapadały się pod ciężarem siedzących i lat, które miały za sobą.

Trudno się temu dziwić, bo było to w połowie lat siedemdziesiątych, w czasach siermiężnego PRL-u, chociaż nie wprowadzono jeszcze kartek na cukier, a następnie na mięso i wszelkie inne towary, a szczytowym osiągnięciem miał być przydział czarnych rajstop na podstawie aktu zgonu osoby najbliższej.  Poziom życia pozostawiał wiele do życzenia. Widać to było również w sądach, gdzie jak zwykle pieniędzy brakowało na wszystko i oszczędzano na czym się dało. Brakowało wszystkiego, łącznie z papierem, a stroje służbowe sędziów i prokuratorów czyli togi były często wyświecone od długoletniego używania, a czasem nawet lekko podarte. Pralni nie widziały od lat. Sędziowie zarabiali przysłowiowe grosze, mniej więcej połowę tego co pracownik fizyczny, nie wspominając o zarobkach górników czy hutników.

Za tym stołem zasiadły trzy panie, które stanowiły skład sędziowski mający rozpatrywać w drugiej instancji odwołania od orzeczeń sądów powiatowych. Po prawej stronie sędziów zasiadł prokurator, a po lewej aplikant, który protokołował przebieg rozpraw. Na wokandzie było dziewięć spraw czyli na każdą z pań sędziów przypadały trzy sprawy, które wcześniej zostały im przydzielone. Każda z nich zapoznała się z aktami tych spraw, nie znając pozostałych spraw.

Rozprawy odbywały się całkiem sprawnie. Aplikant na polecenie przewodniczącej wywoływał kolejne sprawy, instytucja woźnego sądowego należała do przeszłości, przewodnicząca sprawdzała kto się stawił i dyktowała to do protokołu. Pytała czy są wnioski formalne, których z reguły nie było, a potem sędzia, której daną sprawę wcześniej przydzielono, zwana sędzią sprawozdawcą przedstawiała tzw. referat czyli informowała kto i o co został oskarżony, jaki zapadł wyrok w pierwszej instancji, kto wniósł o rewizję wyroku, jakie podniósł zarzuty i czego się domagał. Po referacie przewodnicząca udzielała głosu stronom, aby mogły przedstawić swoje uwagi i wnioski co do zmiany, uchylenia bądź utrzymania wyroku w mocy. W niektórych sprawach występowali adwokaci i w miarę szeroko przedstawiali swoje stanowisko. Tam gdzie oskarżeni występowali sami bez obrońcy, przedstawiali swoje stanowisko nieporadnie prosząc o łagodną karę lub uniewinnienie. Jeżeli próbowali szerzej wyjaśnić swoje stanowisko, przewodnicząca przerywała im mówiąc, że wyjaśnienia złożone przez oskarżonego są znane i nie ma potrzeby ich powtarzać. Natomiast prokurator unosił się z fotela na około 10 centymetrów, co z trudem można było uznać za powstanie, i jeżeli odwołanie złożyła obrona wnosił jednym zdaniem o utrzymanie wyroku w mocy, a jeśli autorem odwołania był prokurator, wnosił o jego uwzględnienie. Po każdej sprawie odbywała się narada, w której decydujący głos miała sędzia sprawozdawca, bo ona jako jedyna znała sprawę ze szczegółami. Po uzgodnieniu treści wyroku sędzia dyktowała go aplikantowi, następnie wszystkie panie go podpisywały. Aplikant wzywał strony na salę, gdzie wyrok był ogłaszany.

Nie wydarzyło się na tych rozprawach nic godnego uwagi, aż do momentu kiedy wywołana została ostatnia sprawa. Aby zrozumieć co się wydarzyło trzeba znowu nawiązać do realiów czasów, w których sprawa się rozgrywała.

Złotówka nie była wymienialna na żadną inną walutę, a w rozliczeniach między demoludami wprowadzono pojęcie rubla transferowego, który pozwalał rozliczać wymianę towarową w ramach RWPG czyli Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej, ale na Zachodzie nikt nie chciał o nim słyszeć.  Jednak szereg towarów i surowców trzeba było kupować na Zachodzie i to tylko i wyłącznie za twardą walutę. W tej sytuacji władza potrzebowała twardej waluty i starała się ją zdobyć wszelkimi sposobami. Jednym z tych sposobów była sprzedaż towarów luksusowych pochodzenia zachodniego w sklepach zwanych Pewexami, był to chyba skrót od Przedsiębiorstwa Eksportu Wewnętrznego. Za dolary można było w tych sklepach kupić niemal wszystko, a już na pewno towary pierwszej potrzeby, których nie można było dostać za złotówki. Nie wiadomo skąd były dolary w kraju, w którym obrót dolarami przez obywateli był zabroniony, a przez wiele lat po wojnie nawet samo posiadanie dolarów było nie tylko zabronione, ale zagrożone surowymi karami z karą śmierci włącznie. Jednak ludzie dolary posiadali i Pewexy funkcjonowały nieźle. Towary sprzedawano nie tylko za dolary, ale również za tzw. bony dolarowe. Mimo zakazu prywatny obrót dolarami i bonami miał się nieźle, zajmowali się nim tzw. cinkciarze. Nazywano ich tak od wymawianego przez nich nieudolnie „change money”, gdy czyhali na zachodnich turystów pod co lepszymi hotelami. W razie potrzeby można było zaopatrzyć się u nich w dolary lub w bony dolarowe. Te drugie były nieco tańsze od prawdziwych dolarów, bo można je było wykorzystać tylko do zakupów w kraju, a dolary można było oszczędzać na czarną godzinę lub wykorzystać przy wyjeździe zagranicznym. Ponadto bony władza mogła w każdej chwili unieważnić, a dolarów na pewno nie.

Ta, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli, różnica kursowa między dolarami i bonami dolarowymi była przyczyną upadku trzech pań zatrudnionych w Pewexie. Prawa ekonomiczne kapitalizmu wprawdzie były im obce, ale widząc w kasie sklepowej dolary i bony, których wartość sklepowa była identyczna, ale wartość rynkowa różniła się wyraźnie, postanowiły na tym zarobić. Wycofywały z kasy sklepowej dolary wkładając w to miejsce równowartość w bonach. Następnie dolary sprzedawały, a za uzyskane pieniądze kupowały tańsze od dolarów  bony. Różnica w cenie stanowiła ich zysk.

W jaki sposób sprawa wyszła na jaw nie wiadomo, w każdym razie w sądzie powiatowym potraktowane zostały dość surowo i dlatego ich obrońcy odwołali się do sądu wojewódzkiego jako sądu II instancji. Sprawa miała być rozpatrywana przez trzech sędziów zawodowych, a ponieważ zawód ten był i jest mocno sfeminizowany, przez trzech sędziów płci żeńskiej. W ten sposób oskarżone zetknęły się ze składem orzekającym sądu wojewódzkiego, a spotkanie to miało zostać zapamiętane na długo przez obie strony, chociaż z całkiem innych przyczyn.

Za stołem sędziowskim, zwanym gwarowo bufetem, zasiadły trzy panie ubrane w zgrzebne wory pokutne, w odróżnieniu od ich posiadaczek, które były w sile wieku, a ambicje posiadały nie tylko zawodowe. Naprzeciw nich zasiadły trzy panie oskarżone ubrane, jak się wówczas mówiło „jak z pewexu”. Przewodnicząca sprawdziła obecność, a każda z wywoływanych oskarżonych wstawała i była dokładnie lustrowana przez skład sędziowski. Referat był tym razem dosyć obszerny i żadna z okoliczności obciążających nie została pominięta.

Trzeba przyznać, że obrońcy robili co mogli. Nie tylko poddali w wątpliwość kwalifikację prawną czynu, powołując się na literaturę i orzecznictwo, które cytowali obficie. Również kwestionowali stan faktyczny, a przede wszystkim rozmiary tego procederu, starając się sprowadzić go do drobnego, jednorazowego incydentu. Nadto podkreślali niekaralność oskarżonych, skruchę, żal i znakomite opinie. W tej sytuacji domagali się zmiany kwalifikacji prawnej czynu na łagodniejszą i znacznego złagodzenia kar. Oskarżone przyłączyły się do wniosków swoich obrońców, a jedna z nich zapewniła sąd, że dzieje jej się wielka krzywda, na dowód czego uroniła łzę.

Prokurator, stary wyjadacz sal sądowych, chyba zwietrzył co się stanie, bo ledwie uniósł się nad fotelem, co tylko przy dużym nagromadzeniu dobrej woli można było uznać za powstanie, i ograniczył swoje wystąpienie do jednego zdania, w którym domagał się utrzymania w mocy surowego wyroku pierwszej instancji.

Sąd zarządził przerwę celem odbycia narady nad wyrokiem. Jak tylko drzwi sali sądowej zamknęły się i panie zostały same z aplikantem, który protokołował rozprawę, zaczęła się narada.

– Widziałyście tą w tym żółtym sweterku ?  – spytała prawoskrzydłowa.

– A ta z lewej, jakie miała kozaki, ciekawe ile takie kosztują ? – rozmarzyła się przewodnicząca.

– Na dolary to pewnie dwie twoje pensje – odparła jej koleżanka z lewej.

Dalej rozmowa potoczyła się gładko.

– A jaki miały makijaż.

– Nawet jej się nie rozmazał jak zaczęła płakać.

– A co się miał rozmazać jak za dolary kupiony.

– Ona nie płakała tylko udawała.

– Ja wyraźnie czuję Masumi.

– I one tak na co dzień chodzą ?

– Ale miały tupet, żeby tak przyjść do sądu.

Po kwadransie wymiany podobnych poglądów przewodnicząca poczuła się w obowiązku sprowadzić swoje koleżanki na ziemię :

– No ale co robimy z wyrokiem ?

– Jak to co – zdziwiła się prawoskrzydłowa – utrzymujemy w mocy.

– Oczywiście – potwierdziła jej koleżanka z drugiego skrzydła.

– I bardzo dobrze – ucieszyła się przewodnicząca – Niech pan pisze – zwróciła się do aplikanta i podyktowała mu stosowne formułki.

>.<

Opowieść ta powstała w oparciu o historię, nie wiem czy prawdziwą, którą usłyszałem w bufecie sądowym. Wyciągnąłem z niej taki wniosek, że zawsze przed rozprawą omawiam z klientem nie tylko problemy prawne, ale także informuję go jak się ma zachować na sali sądowej i w co ma się ubrać. Na ogół jest to przyjmowane ze zrozumieniem. Może tylko z wyjątkiem pewnego oskarżonego, który w przeddzień rozprawy odwiedził mnie w kancelarii w krótkich spodenkach, za to z grubym złotym łańcuchem na szyi. Na moją uwagę, żeby do sądu ubrał długie spodnie, a łańcuch zostawił w domu, żachnął się :

– Ale dlaczego, przecież jestem bardzo modnie ubrany.

On też nie rozumiał, że ubierać się należy w zależności od okazji i lepiej wyglądem nie drażnić ludzi, którzy mają decydować o naszym losie.

 

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *